Opowieści z Lizbony, część 2.

IMG_7566

Nie wiem ile razy zasiadałam do komputera, żeby po
powrocie spisać moje/nasze lizbońskie wrażenia. To nie zmęczenie, niewyspanie
czy nadmiar innych zajęć unieruchamiały ręce ułożone na klawiaturze.

Pewnie wielu tak ma, emocje muszą ostygnąć, dać się poukładać,
przemyśleć, zracjonalizować w ostateczności. Dystans, który powstał w moim
przypadku zaowocował głównie wątpliwościami. Lizbona bowiem mnie rozczuliła,
wzruszyła. W przeciwieństwie do innych wielkich europejskich stolic ona jedna
wydała mi się taka bezbronna wobec tłumów, które przybywają tu by coś dla
siebie zdobyć, mieć choćby przez chwilę na własność. Choć potłuczone azulejos
kupione na Targu Złodziei, ujęte w miliony kadrów widoki z licznych miraduro
(punktów widokowych) wspomnienia nocy spędzonych w dyskotekach, wspomaganych
zakupami dokonanymi na placu Rossio. Tłumaczę to nieporadnie i nieskładnie,
wiem. Miałam czasami wrażenie niestosowności pośpiechu tłumu, zgiełku, który generował,
miałkości i komercyjnej degrengolady, podczas gdy cisza, spokój i uważność wydawały
mi się najbardziej na miejscu. I może turyści zawsze i wszędzie tacy po prostu są,
szczególnie w naszych czasach. Ale to akurat Lizbona wydawała mi się takim
traktowaniem niezasłużenie potraktowana.

Dlatego za każdym razem drżała mi ręka, by utknąć w końcu
w bezruchu nad klawiaturą. Bo czyż nie tak właśnie postąpili wszyscy Ci, którzy
stamtąd wrócili? I jednocześnie – może właśnie to całe pisanie, niech ono będzie
jak podziękowanie. Dokładnie tak, jak napisał to Marcin Kydryński we wstępie do
swojej książki.*

Piszę więc dalej, a skończyłam wczoraj na spacerze w
stronę Belém. W okolicy Pomnika Odkrywców spotykamy współczesnych zdobywców
codzienności. Muskularnych młodzieńców o opalonych ciałach w rytmicznych
truchcie, kobiety może i mniej atrakcyjne, bo nieco już starsze (to jedna z
tych smutnych refleksji po drugiej stronie mocy), nie dających się
zidentyfikować rowerzystów, starszych panów na segwayach i wreszcie – wędkarza walczącego z podmuchami
wiatru. Do tego odwracająca uwagę fontanna (Uwaga! Do podziwiania jedynie do
21.00) przed klasztorem Hieronimitów. A tak chciałoby się zatrzymać, zadumać
nad wyprawami, które bezpowrotnie zmieniały losy świata. Światło zasypiającego dnia
jest tak kusząco miękkie, że chciałoby się je dotknąć.

Do Casa Pastéis de Belém docieramy
późnym wieczorem, kiedy nie ma tu tak charakterystycznych dla tego miejsca tłumów,
a wolny stolik zdobyć można szybciej niż taksówkę. Zapuszczam się w labirynt
sal, by dotrzeć w końcu do przeszklonego „serca” cukierni i
podpatrzeć cukierniczkę przy pracy. To tutaj produkuje się Pastéis de Belém. Pyszne
ciasteczka według tradycyjnej i pilnie strzeżonej receptury. To tutaj podobno
narodził się zwyczaj posypywania ciasteczek cynamonem lub cukrem pudrem. Powiedzieć
o nich, że to po prostu krem budyniowy otulony płatkami ciasta francuskiego wydaje
się co najmniej, już choćby z szacunku dla tradycji, niestosowne. Od tego, jak
bardzo blisko i jednocześnie daleko jesteśmy od trafności tak uproszczonej
definicji, zależy zdecydowanie miejsce, w którym dokonamy zakupu naszych
ciasteczek. Najlepsze jadłam we wspomnianej już poprzednio Confeitaria National. Nie
żałujcie cynamonu! Rozbudza moją wyobraźnię informacja o mnichach cierpiących z
powodu nadmiaru żółtek. Białek bowiem używali do bielenia habitów. By żółtka
się nie marnowały wymyślono recepturę pastéis de Belém i
zapewne wielu innych cudownie słodkich portugalskich specjałów. By wymienić
niektóre z nich – „barriga de freira” (brzuch zakonnicy), „papos de anjo” (skrzydło anioła) i „toucinho
Céu”
(bekon z nieba). Warte spróbowania są również typowe portugalskie
desery „leite-creme” (deser składający się z kremu jajecznego pokrytego
karmelem), „arroz doce” (popularny pudding ryżowy). Pytajcie o nie w
Confeitaria National i Nicoli na placu Rossio.

Na naszych oczach zasypiał
pierwszy dzień pobytu w Lizbonie. A może miała to być jedynie krótka drzemka?
Doświadczenia kolejnych dni przyniosły nam odpowiedź.

Alfama przyciągała jak magnez.
Nie było dnia, byśmy nie zawrócili naszych ścieżek w jej kierunku, by pobłądzić
tam na nowo. By zatrzymać się choćby na chwilę. Na Miradouro das Portas do Sol,
póki słońce łaskawe a większość amatorów turystyki wciąż jeszcze śniada.
Spotykamy Wilfredo, o którym pisał Marcin Kydryński. To dzięki niemu w mijanym
mnie człowieku zobaczę niemal starego dobrego znajomego, bo nagle po lekturze
książki wyda mi się, że tak wiele o nim wiem. O złudzenia tak łatwo w
otępiającym świetle Lizbony. Niedane jest nam usłyszeć, jak Wilfredo gra.
Akurat pakuje swoją gitarę do futerału. Jakby w pośpiechu, irytacji. Odchodzi
szybko przeliczywszy drobne przesypane z futerału w otwarte dłonie. Może stąd
ta irytacja.

Miradouro das Portas do Sol przetłumaczone
jako „punkt widokowy bram słońca” brzmi magicznie i gdyby nie to słońce posiedziałabym
tu chwilę dłużej. Po chwilowym zasłabnięciu na progu Elevador do Carmo jestem ostrożniejsza.
Na nic zdał się kapelusz z dużym rondem, żadna tam panama czy choćby fedora, porządny,
w razie potrzeby otulający cieniem ramiona, jak szalem. I co? Za dużo słońca! I
tak właśnie tak wolę.

Za każdym razem od nowa
olśniewa biel tarasu rozpostarta nad ceglastymi dachami, do tego spokój Tagu i
względna cisza przerywana interwałami poruszenia wywołanego przyjazdem nowych
turystów. Wysypują się regularnie z tramwaju 28E. Patrzę na to jakbym sama nie
była turystką, przechodniem ledwie. Ale chyba często tak mamy, wydaje nam się,
że my nie jesteśmy tacy sami. Tylko miejscowi mają ten zmysł i wyczują fałsz.
Na nic zda się ukrycie aparatu w plecaku, styl elegancki acz niewymuszony i
mina mówiąca „Taki upał to moja codzienność”. Rozszyfrują cię,
namierzą i zaoferują marihuanę lub kokainę na placu Rossio. Nie raz, nie dwa a
kilka razy podczas jednego tylko niepiesznego spaceru po placu.

„Skazańcow wyprowadzano w
Kościoła na plac Rossio i po serii najwyszukańszych tortur najchętniej palono.
To stanowiło regularne i z wdzięczonością przyjmowane przez większość
społeczności atrakcje. W odległej przyszłości miał te przyjmności zastąpić
futbol.

W kolejnej epoce na placu
traciły życie byki, konie i nieuchronnie kilku torreadorów podczas korridy”.
Żyli w ciekawych czasach. A my?

cdn.
IMG_7552
 Na Targu Złodziei…

IMG_7545

IMG_7594

Miradouro das Portas do Sol
IMG_7603
Wilfredo

IMG_7624

IMG_7633

IMG_7635IMG_7638
IMG_7668IMG_7671

IMG_7679

IMG_7859

IMG_7881

* „Lizbona. Muzyka moich ulic” Marcin Kydryński, Burda NG Polska 
cdn…
4 comments Add yours
  1. Kochana, ja dziś tylko Twój zawód o pośpiechu turystów przeczytałam i żal mi się zrobiło jak Tobie… Pooglądałam zdjęcia , a jutro wrócę poczytać dalej, bo o 00:00, czyli godz., o której Ty opublikowałaś post ja powinnam już smacznie spać, a się… włóczę 😉

    Do jutra! Buźka!!! Śpij i śnij i i widzę Sarę z boku:)

  2. Taki HIIITT
    Siedze i czytam to w koszlkowie na progu samochodu poparzonego słońcem
    Alez nieasmowicie….
    A ten obuch własnie nim dostałem czuje ise jak poparzony kawa ..Lizbonska ))))
    Sciaskamy

    1. Cudnie to napisales… Krzysiu… samochod poparzony sloncem 🙂

      Kiedy przechadzalismy sie uliczkami Alfamy mowilismy sobie, ze bardzo by sie Wam tu spodobalo…

      Moc buziakow Wam posylamy… takze imieninowych, dla Ciebie 🙂

      Anna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *