Śniadanie trzech mocarzy i „Zupowy detoks”.

Zupowy smakosz nie może przejść obok tego tytułu
obojętnie. Dbający o dobrą kondycję i jeszcze lepsze samopoczucie także. Że nie
wspomnę tych wszystkich, których o dobroczynnej mocy detoksu przekonywać nie
trzeba. Kto spróbował, ten wie. I „Zupowym detoksem” powinien się
zainteresować, jeżeli lubi nieskomplikowane, szybkie w przygotowaniu potrawy.

Nie sposób zaprzeczyć, że nastała moda na zupy. W naszej
kulturze kulinarnej powiemy raczej, że moda powraca. Możemy się w tej kwestii
pochwalić imponującą tradycją, którą na początku książki wspominają autorki.
Następnie dowiadujemy dlaczego jedzenie zup ma tak zbawienne działanie. By
wreszcie zadać sobie pytanie – Czy potrzebuję detoksu? CO to właściwie jest
detoks i – Jak zmierzyć stopień zanieczyszczenia naszego ciała?
Mam za sobą kilka detoksów. Wiem, jak doskonale można się
po takiej kuracji poczuć. Dlatego nowością dla mnie było podejście autorek do
rozumienia detoksu nie – jako krótkotrwałej lub też – ściśle ograniczonej w
czasie – terapii, lecz jako stałego elementu naszego stylu życia. Oczywiście –
autorki proponują gotową siedmiodniową kurację i zachęcają do przeprowadzenia
21 dniowego programu oczyszczania (trochę szkoda, że i on nie został w książce
dokładnie rozpisany)… ale jednocześnie wskazują, jak stosowanie diety
oczyszczającej jest ważne każdego dnia.
Jeżeli zatem postanowiliśmy spróbować z czym ten
osławiony detoks się je – możemy zacząć od prostego testu zaproponowanego przez
autorki – czy i jak bardzo jest nam on potrzebny.
Kiedy czyta się Zupowy detoks ma się wrażenie, że po
kolei przekracza się kolejne kręgi wtajemniczenia. Kolejno omawiane są kwestie
zasadniczo związane z tematem zdrowego trybu odżywiania. Dowiadujemy się, co
jest źródłem zanieczyszczeń w naszym życiu i otoczeniu, poznajemy 2 podstawowe
kroki do detoksykacji, jakie produkty są zalecane, a jakie najlepiej byłoby wykluczyć
i jak ważne jest uzyskanie równowagi między ciałem i stanem ducha. Dlatego dość
obszernie została w książce omówiona żywność o działaniu odstresowującym.
Nie znałam wcześniej opisywanego przez autorki sposobu na
sprawdzenie poziomu zakwaszenia żołądka a wydaje się on bardzo przydatny.
Bliska jest mi przeświecająca autorkom filozofia świadomego życia i
holistycznego podejścia do sposobu, w jaki się odżywiamy i jaki to ma na nas
wpływ. Filozofia dość już rozpowszechniona, lecz ciągle warta przypominania –
że naszym drugim mózgiem są szare komórki układu trawiennego.   
Czas na zmianę nawyków żywieniowych, które nie tylko
poprawią nasze zdrowie ale i samopoczucie jest zawsze, ale trudne jest się do
tej zmiany najpierw przekonać, a potem zabrać. „Potraktuj gotowanie tego,
co lubisz lub nowych potraw, dla siebie i swoich najbliższych, jak trening
uważności”. To zdanie ostatecznie mnie do zupowego detoksu przekonało.
Książka nie posiada zdjęć, jest lekka i niedużego formatu
– według mnie zaliczyć to należy na konto zalet książki. Możemy zabrać ją ze
sobą do pracy i czytać w drodze powrotnej. Przepisy w niej zaproponowane
opierają się na składnikach ogólnodostępnych i niedrogich. Są proste i szybkie
w realizacji. Dużym plusem jest typografia i sposób graficznego wyróżnienia
tych fragmentów książki, które zawierają przepisy. Układ książki,
podporządkowany podziałowi na 4 pory roku zawiera prócz przepisów opis
problemów zdrowotnych, z jakimi w danym czasie możemy się borykać i konkretne
na nie rozwiązania.
Rozumiem, że użycie w tytule 2 chwytliwych i modnych słów
miał zapewnić książce dobrą sprzedaż. Przyznać jednak należy, że jest on nieco
mylący lub też – niekompletny.
Nie tylko o zupach w książce Urszuli Mijakoskiej i Moniki
Stachury mowa. Jest przepis na kulki fit, kotlety z kaszy gryczanej i tofu,
gulasz z ciecierzycy czy wreszcie – śniadanie trzech mocarzy, który wypróbowałam
jako pierwszy. I było pysznie!

Dlatego zachęcam do sięgnięcia po Zupowy detoks, a
przepis na śniadanie trzech mocarzy zamieszczam poniżej.
„Zupowy detoks” Urszula Mijakoska, Monika
Stachura, wyd. Muza 2016

Śniadanie trzech
mocarzy
Składniki: na 4 porcje
350 g malin lub jagód (mogą być mrożone)
200 g jeżyn lub jagód
2 szklanki orzechów nerkowca namoczonych przez 3 godzin
lub przez noc
2/3 szkl. wody
2 łyżki nasion chia (można zastąpić ziarnami lnu)
skórka z 1 cytryny
5 daktyli
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
szczypta soli himalajskiej
Przygotowanie:
1.      
Owoce przekładamy do garnka i odparowujemy mieszając, aż
masa zgęstnieje. Studzimy i wstawiamy do lodówki.
2.     
Nerkowce odsączamy, dodajemy daktyle, ekstrakt i sól
himalajską.
3.     
Miksujemy w blenderze na gładką masę, aż mieszanka będzie
przypominać gęstością grecki jogurt (jeżeli trzeba można dodać trochę wody).
Otrzymany krem wstawiamy do lodówki na co najmniej 1 godzinę.
4.     
Do masy owocowej dodajemy nasiona chia i skórkę
cytrynową, mieszamy. Przekładamy do 4 pucharków/miseczek. Na górze każdej z
nich układamy po 1 łyżce kremu z nerkowców, dekorujemy surowymi owocami lub
szczyptą kakao (polecam cynamon).
5. Podajemy od razu lub schładzamy w lodówce na później.

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Muza.
Dziękuję!
Smacznego!

One comment Add yours

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *